Menu Podstawowe

Menu Dodatkowe

Moje nowe doświadczenia i przemyślenia...


14 stycznia trafiłem na detoks w ośrodku odwykowym im. Buxakowskiego. Oznaczało to w praktyce, że właściwie wszystkie moje przekonania i pomysły na życie (w tym na picie i utrzymywanie abstynencji) są w rzeczywistości diabła warte. Jeśli znalazłem się w takim właśnie miejscu, to widocznie zupełnie się nie sprawdziły. Tego faktu nie dało się już zamanipulować, zakłamać, zracjonalizować.
Nie znałem wtedy jeszcze powiedzenia mówiącego, że absurdem jest oczekiwanie odmiennych efektów przy niezmienionych działaniach, ale to było właśnie to: jeżeli po terapii nadal będę się upierał przy życiu, myśleniu, przekonaniach, dokładnie takich samych, jak dotąd, i nie dotyczyło to tylko alkoholu, to jedyne co mogę osiągnąć, to tylko powrót na detoks. Albo gorzej.

(Mądrzy ludzie słów używają z rozwagą i zrozumieniem, albowiem wiedzą, że to słowa właśnie kształtują rzeczywistość …)


Próbowałem żyć bez ocen

Po powrocie z ośrodka kontynuowałem terapię i chodziłem na mityngi AA tak często, jak się tylko dało. Zwłaszcza niepijących alkoholików starałem się słuchać bardzo uważnie, próbując przyswoić sobie ich – najwidoczniej skuteczny, skoro utrzymywali abstynencję – zestaw sposobów i metod na trzeźwe życie. Tym bardziej, że podczas każdego mityngu słyszałem, że z wypowiedzi uczestników powstaje „skarbiec mądrości AA”, a w skarbcach, jak wiadomo, gromadzone są same cenne i wartościowe rzeczy.

Wszelkiego typu rady, porady, sugestie, propozycje, zasady, reguły i inne takie, chłonąłem jak gąbka: zachłannie, łapczywie, ale niestety… często także zupełnie bezkrytycznie. Nie mam do siebie o to żalu ani pretensji – swoich przekonań i pomysłów się bałem, a więc jak najszybciej starałem się zastąpić je innymi – wierząc, że lepszymi.

Z zakazem oceniania innych ludzi zetknąłem się po raz pierwszy na zajęciach. Obowiązywał w ściśle określonym czasie i miejscu (terapia grupowa), oraz w dość precyzyjnie określonym zakresie. Mieliśmy unikać ocen typu: „jesteś głupi”, „bo ty zła kobieta jesteś”, „jesteś beznadziejny i pleciesz głupoty” itp. Takie oceny nie niosły za sobą żadnej konstruktywnej treści, były arogancką napaścią, zmniejszały poziom bezpieczeństwa w grupie, antagonizowały, rodziły złość, żale i urazy.
Podczas zajęć grupowych nakłaniano nas do udzielania sobie wzajemnie tzw. „informacji zwrotnych”, które wynikały z naszej oceny wypowiedzi, czytanych prac, zaobserwowanych zachowań i postaw. Tak więc problemem nie była sama ocena, ale ewentualnie forma jej wyrażania.
- „Jesteś głupi analfabeta!” – absolutnie nie.
- „Po wysłuchaniu twojej pracy odnoszę wrażenie, że nie zrozumiałeś zadania” – oczywiście tak.

Na mityngach zetknąłem się z sugestią dotyczącą nieoceniania w aspekcie daleko szerszym. Właściwie totalnym. Mam nie oceniać nikogo i w żaden sposób, ani na mityngach, ani w ogóle w życiu, bo… na pewno spotka mnie coś złego, może nawet wrócę do picia. Odnosiłem wrażenie, że wielu kolegów traktowało tę sugestię nieomalże jak obowiązujący nakaz (zakaz) i podstawową regułę życiową.
Pełen zapału i dobrej woli natychmiast zacząłem wcielać ją w życie.

Oczywiście nie udało się. Nie udało się, bo udać się nie mogło, ale tego wtedy jeszcze nie wiedziałem. W pierwszym momencie, kiedy mi to w praktyce nie wychodziło, zmajstrowałem sobie całą masę lęków i wątpliwości: inni mogą, ale ja nie potrafię; na pewno zaraz się z tego powodu napiję.
Nieco później uznałem, że przynajmniej nie będę nijak się zdradzał z tym, że nie potrafię powstrzymać się czasem od ocen – ale wtedy do poprzednio wymienionych uczuć doszły jeszcze wyrzuty sumienia, wszak ukrywałem coś przed grupą, no i nadal robiłem coś zakazanego.

Jeszcze później zacząłem stosować technikę, również podsłuchaną u kolegów z AA, która polegała na stosowaniu jednej z dwóch sztuczek. Jeśli mogłem zwracać się bezpośrednio do kogoś, mówiłem na przykład: „ja wiem, że nie możemy oceniać, ale z tego, co mówisz jasno wynika, że…” i tu już mogłem sobie spokojnie dokonywać ocen i prezentować ich wyniki. Natomiast technika mityngowa polegała na wypowiedziach o konstrukcji: „kiedy dawno, dawno temu miałem tyle abstynencji, co ty teraz, to też mi takie bezsensowne myśli przychodziły do głowy”. I nikt nie miał prawa się przyczepić, bo przecież mówiłem o sobie i swoich doświadczeniach.

Minęły lata zanim wpadło mi do głowy, że zdrowienie z choroby alkoholowej i powrót do normalności, nie polega chyba na stosowaniu jakichś osobliwych (może lepiej – cudacznych) konstrukcji językowych. A sam zakaz oceniania jest nie tylko absurdalny, ale wręcz niebezpieczny...


Ciąg dalszy i dużo więcej w... moich książkach.


(Marzec 2009)

alkoholik