Menu Podstawowe

Menu Dodatkowe

Moje nowe doświadczenia i przemyślenia...


Starzy alkoholicy powiadają, że swój swego zawsze pozna i nie chodzi tutaj o zataczanie się, czerwony nos i przekrwione oczy, bo ta zdolność do rozpoznawania się dotyczy także alkoholików nie pijących już od wielu lat. Ja też już zauważyłem, że czasami w kontakcie z drugim człowiekiem widać, słychać i czuć, jak gdyby wspólną nam obu ciemność, pewien smutek i lęk, które, choćby nieuświadomione, gdzieś tam w głębi zawsze jednak są. Najczęściej jednak ten… mrok, czy cień duszy dostrzegam po prostu patrząc w lustro.



Bóg w Programie AA?

Na terapii odwykowej uczyli, że po odstawieniu alkoholu w moim umyśle pozostała wielka czarna dziura, otchłań, która – nie wypełniona w umiejętny sposób – może znów mnie pochłonąć. Wydawało mi się, że jej zasypanie będzie stosunkowo łatwe: odbudowa więzi rodzinnych, praca zawodowa, jakieś hobby, a nawet pasja, wreszcie pomoc udzielana bezinteresownie innym w ramach Dwunastego Kroku, albo i ze zwykłej ludzkiej życzliwości. I to faktycznie działa, ale nigdy jednak nie do końca, nigdy nie w stu procentach.

Moje picie zawsze miało charakter ucieczkowy. Czasem uciekałem do, ale jednak głównie i przede wszystkim od. Pracując nad Krokami IV i V odkryłem istotę swoich błędów, którą zawsze był lęk, strach (przerażenie, niepokój, obawa, nieśmiałość itd.), ale nie o definicje czy wyliczenia teraz mi chodzi.
Lęk przed odrzuceniem, albo strach przed ośmieszeniem, był bardzo często głównym, a nawet podstawowym motorem mojego działania. Wpływał na moje zachowanie, podejmowane decyzje i wybory życiowe, choć całymi latami zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy. To od takich właśnie lęków uciekałem do butelki, ale czy tylko od takich?

Kiedy w końcu jakoś dobrnąłem do Kroku XI, musiałem już bardzo poważnie zająć się tematami związanymi z Bogiem i wiarą. Tak, Bogiem i wiarą, bo na przykład religia, wyznanie czy kościół nie mają tu nic do rzeczy. W każdym razie, jako człowiek z pewnymi pretensjami do trzeźwości i zdroworozsądkowego (mam nadzieję!) myślenia uznałem, że podejście: „w coś wierzę, ale sam nie wiem, w co”, jest na dłuższą metę nie do przyjęcia, a to z kolei prowadziło w sposób nieuchronny do pytań o sens życia i istotę śmierci, o nieśmiertelność i warunki zbawienia.

Urodziłem się – jak każda istota żyjąca – skazany na śmierć. Przez wiele lat mogłem ten fakt ignorować, ale przecież nie w nieskończoność. Świadomość takiego wyroku, nieuchronności przeznaczenia, również rodzi lęk, który też kładzie się cieniem na duszy. Zagłuszałem go książkami, filmami, muzyką, alkoholem, uciekałem od niego w pracę po kilkanaście godzin na dobę, w romanse, zakupy… W końcu zdałem sobie sprawę, dzięki Programowi AA, że jedynym lekarstwem na ten rodzaj lęku jest wiara. Tylko prawdziwa wiara skutecznie leczy...


Ciąg dalszy i dużo więcej w... moich książkach.


(Wrzesień 2010)

alkoholik