Menu Podstawowe

Menu Dodatkowe

Moje nowe doświadczenia i przemyślenia...


Zaczynałem w czasach, gdy bezsilność w środowisku niepijących alkoholików była właściwie absolutnie wszystkim; alfą i omegą, początkiem i końcem, najważniejszą sprawą na świecie. Drobna i nieistotna różnica polegała jedynie na tym, że na terapii częściej mówiono o uznaniu bezsilności, a na mityngach AA o ogłaszaniu bezsilności.
Był to także okres, w którym często zalecane zadanie terapeutyczne brzmiało: „udowodnij mi, że jesteś bezsilny wobec alkoholu”, natomiast podczas mityngów AA starzy aowcy (3-5 lat abstynencji) chełpili się, że nigdy nie przeczytali żadnej książki i nie przerabiają żadnych Kroków, poza właśnie pierwszą częścią Kroku 1, co całkowicie im wystarcza jako pomysł na całą resztę ich życia, a w połączeniu z chodzeniem na mityngi, wydaje się zapewniać trwałą abstynencję.


Bezsilność to nie wszystko...

Przez pewien czas i ja próbowałem popisywać się takimi „mądrościami”, ale w sumie trwało to bardzo krótko, bo w zasadzie od samego początku zdawałem sobie sprawę, że taka postawa jest dla mnie czymś zupełnie obcym. Chwalić się ignorancją i brakiem znajomości tego, co ponoć we Wspólnocie jest najważniejsze? To było coś najzupełniej sprzecznego z moją naturą, psychiką, wewnętrzną potrzebą i pragnieniem rozumienia tego, co się wokół mnie dzieje.
Podczas każdego mityngu odczytywanych jest 12 Kroków, a więc uznałem, że pewnie jest to sprawa ważna, no a jeśli tak, to niby czemu miałbym z założenia ignorować 11,5 z nich?

Wymyśliłem sobie wówczas, że ja chyba jednak najpierw będę się starał poznać i zrozumieć wszystkie Kroki, a dopiero później, jeśli faktycznie uznam, że są dla mnie nieprzydatne, skupię się i ograniczę do tej bezsilności, o której tyle trąbiono.
I tak minęło kilka lat…

Dziesięć lat temu spotkałem się ze swoją bezsilnością oko w oko, albo, jak czasem mawiam, zderzyłem się z nią bezpośrednio i odbiłem jak mucha od czołgu. Było to koszmarne doświadczenie (zapicie w czasie terapii), z którego wyszedłem nieźle poharatany, ale jednocześnie także z pewną mądrością: od tego czasu ja już nigdy więcej nie musiałem na temat swojej bezsilności teoretyzować, udowadniać jej sobie czy komuś, zmagać z jakimikolwiek wątpliwościami na ten temat.
Przez kilka dalszych lat pozwoliło mi to nie zajmować się swoją bezsilnością już aż tak intensywnie, a tym samym mogłem skupić się na innych Krokach. I być może dlatego właśnie pewne przemyślenia i wnioski związane z bezsilnością pojawiły się u mnie dopiero stosunkowo niedawno: styczeń i luty 2008 oraz styczeń i luty 2009.

Powtarzające się wypowiedzi i wątpliwości na mityngach, których zresztą już za bardzo nie pamiętam, skłoniły mnie do powrotu do tematu, do zastanowienia się raz jeszcze, jak to z moją bezsilnością było, kiedy faktycznie zdałem sobie sprawę, że jestem bezsilny wobec alkoholu oraz, czy samo uznanie (ogłoszenie) bezsilności wystarczy? A jeśli wystarczy, to do czego?

Nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że przez ostatnie 2-3 lata picia świetnie zdawałem sobie sprawę z własnej bezsilności wobec alkoholu. To, że być może nie używałem słowa „bezsilność”, nic nie znaczy. Nie używałem także wielu innych „fachowych” terminów związanych z terapią i AA, co przecież nie oznacza, że zjawiska, które opisywały, nie występowały w moim życiu.

Zachciało mi się pić. Byłem przekonany, że do osiągnięcia dobrego samopoczucia wystarczą mi dwie setki, może ćwiartka wódki. Szedłem do sklepu i kupowałem… 0,75 litra. Dlaczego? Bo przecież ja już od dawna wiedziałem, że jak zacznę pić, to będę pił do upadłego, do utraty przytomności i „urwanego filmu”. Wiedziałem, że nie potrafię kontrolować ilości wypijanego alkoholu, a to przecież jest właśnie...


Ciąg dalszy i dużo więcej w... moich książkach.


(Marzec 2009)

alkoholik