Menu Podstawowe

Menu Dodatkowe

Pierwszych 10 lat – doświadczenia, przeżycia, wnioski...


Całymi latami wszystko, co pisałem na temat picia i leczenia odwykowego (trzeźwienia), listy papierowe i elektroniczne, artykuły na forach dyskusyjnych, posty na grupy i listy usenetowe itd. miało charakter całkowicie jednorazowy: napisane, wysłane, nie ma. Podobnie zresztą było z wierszami, które prawie zawsze pisałem w jednym egzemplarzu, jako prezent dla kogoś - wręczone lub wysłane znikały z mojego życia na zawsze. Nie przywiązywałem do tego większej, albo nawet żadnej, wagi.

Jesienią lub zimą 2001 roku poproszono mnie o spisanie swojej historii na potrzeby regionalnego dziennika. Powstała wtedy „Zwykła historia”. Po jej opublikowaniu kilka osób podpowiedziało mi, że szkoda, żeby moja „twórczość” była tak ulotna i jednorazowa. Zasugerowano mi, żebym zachowywał kopie tego, co piszę i gdzieś tam udostępnił, bo... „może się to jeszcze komuś przydać”.

Początkowo nieco mnie to krępowało, ale z czasem, kiedy moje teksty (artykuły) zaczęły publikować biuletyny „Karlik”, „Mityng”, „Warta” i „Zdrój”, kiedy zaprezentowałem się na antenie, moje poczucie niskiej wartości oraz obawa przed oceną mocno zmalały. Zresztą… uważam, że nie naraża się na krytykę tylko ktoś, kto nie robi nic.

Teksty nie są ułożone w porządku chronologicznym, ale na końcu opatrzyłem je orientacyjną datą powstania. Niektóre z nich powstały dość dawno temu – dziś nie w każdym przypadku pisałbym dokładnie tak samo. Powstrzymałem się jednak od chęci wprowadzenia poprawek i przeróbek właśnie dlatego, żeby ilustrowały one mój rozwój osobisty, dorastanie, zmiany wynikające z przeżytych doświadczeń.


Zwykła historia czyli… „piciorys”

Rok 1989 był w moim życiu wyjątkowo bogaty w wydarzenia. I to z gatunku takich paskudnych raczej. Zmarła moja matka. Na raka. Rozwiodłem się. Zmieniłem pracę, a raczej zostałem do tego zmuszony. Przerwałem studia. Zmieniłem nazwisko. Mój brat wyjechał na stałe do Niemiec. Wysypało się, prawda? Jak z puszki Pandory… W tym parszywym roku jednego za to jestem pewien: wtedy jeszcze nie miałem problemów z nadużywaniem alkoholu. Kiedyś mawiałem, że tego roku nie byłem jeszcze alkoholikiem, ale później przestałem być tego taki pewny. Dziś myślę, że alkoholikiem to ja byłem od urodzenia, a przynajmniej od wczesnego dzieciństwa. Tyle, że nadużywać alkoholu zacząłem późno, bo po trzydziestce. Dotarło bowiem do mnie, że problemem alkoholika nie jest alkohol. A jest nim niedojrzałość emocjonalna, brak odporności na stresy, frustracje, rozczarowania, zawody. Nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami a nawet ich rozpoznawania i nazywania. Kompleksy, nieumiejętności i lęki. Ale alkohol – nie. Jest on jedynie skutkiem, a nie przyczyną.

Zmieniłem więc pracę. O ile przedtem było to biuro, do którego petenci nie mieli wstępu, z jego codzienną porcją nieważnych papierów do przełożenia z kupy na kupę, to teraz był to handel, sklep, praca za ladą i kontakt z setkami ludzi dziennie. Bałem się tych ludzi. Bałem się ich żądań, pytań i tego, że nie będę umiał na nie odpowiedzieć. Bałem się stale o to, czy sobie poradzę i przede wszystkim, bałem się śmieszności. Stale byłem skrępowany, „sztywny” i sfrustrowany.
Po mniej więcej roku takiej mordęgi odkryłem, że alkohol pomaga na to wszystko. Wystarczyła jedna szklanka koktajlu o nazwie Manhattan i stawałem się pewny siebie, rozluźniony, elokwentny i swobodny. Na lekkim haju pracowało mi się świetnie. Pstryk! Pstryk – białe, pstryk – czarne.

Zmarła matka. Nie wywarło to na mnie jakiegoś porażającego wrażenia, a może moich prawdziwych uczuć nie byłem w stanie wtedy określić? Od dawna wiadomo było, że ma raka i że w związku z tym umrze. No i umarła. Pogrzebem zajęła się moja była (była – od kilku miesięcy) żona. Na mnie spadł, już po pogrzebie, obowiązek likwidacji mieszkania po matce.
Jestem świetnym organizatorem, więc zrobiłem to wręcz idealnie. Aż za dobrze nawet. W ciągu jednego dnia miałem czas przejrzeć jej prywatne rzeczy, ciuchy, jakieś świadectwa, listy itp. i wszystkie, albo większość, wywalić na śmietnik. Następnie, na uzgodnione wcześniej godziny, przychodzili poszczególni członkowie rodziny i każdy już wiedział, co z mebli czy wyposażenia ma zabrać i w wyniesieniu, czego mi pomóc. Wszystko grało jak w zegarku. Po 6-8 godzinach w mieszkaniu matki pozostały puste ściany. I wtedy mnie „walnęło”. To tyle warte jest czyjeś życie? Garść śmieciowatych pamiątek, które miały wartość tylko dla niego samego? To wystarczy kilka, czy kilkanaście godzin pracy, żeby po człowieku (poza pamięcią tak zwanych bliskich) nie został żaden ślad? W takim razie, to wszystko jest całkowicie bez sensu!!! Na to poczucie beznadziejności i bezsensu alkohol też był świetnym lekiem.

Potem wszystko potoczyło się już błyskawicznie. W sklepie byłem już szefem, więc komfort picia miałem zapewniony. Butelka Manhattanu początkowo wystarczała mojej koleżance i mnie na dwa a nawet trzy dni. Picie w pracy uważałem za coś w rodzaju psikusa, kawału. Miało być nagrodą za ciężką pracę, awans na kierownicze stanowisko po dwóch miesiącach, stresy związane ze specyfiką pracy w handlu, a także manifestacją mojego „luzackiego” podejścia do życia, które i tak jest przecież gówno warte.

Dobry byłem w tym, co robiłem. Awansowałem na kierownika coraz to większych i lepszych sklepów. I piłem. Coraz częściej i coraz więcej. Z kimś z podwładnych lub samemu. To ostatnie jakoś nigdy nie sprawiało mi kłopotów, nie budziło oporów.

Ten żywiołowy rozwój choroby alkoholowej zahamowany został, gdy z wrzodami na żołądku wylądowałem w szpitalu. Kiedy z niego wychodziłem, lekarz prowadzący radził mi pić tylko czystą wódkę, żadnych piw, win, koniaków. Tak rozstałem się z koktajlem Manhattan.
Zresztą po opuszczeniu szpitala nie piłem przez kilka tygodni w ogóle. Bałem się bólu, nawrotu choroby, operacji. Później jedna impreza, druga, jakieś imieniny… Okazało się, że nic złego mi się nie dzieje, więc… Tak wróciłem do picia.

Wydaje mi się, że wtedy, w tamtym momencie mogłem jeszcze wycofać się, wrócić. Po kilku miesiącach intensywnego picia, jakby dla odrobienia zaległości, było już na to za późno.

Dość długo nie ponosiłem żadnych, zauważalnych dla mnie, kosztów i konsekwencji swojego picia. Zarabiałem nieźle, więc tu kłopotów nie było. Mieszkałem z byłą żoną, prowadziliśmy wspólne gospodarstwo domowe, w związku z tym dom był jakoś zadbany, a czepiać się nie było, komu, bo w końcu „żonaty przecież nie jestem”.
Jak widać i od tej strony potrafiłem, choć nieświadomie, zorganizować sobie komfort picia. Tego, że gdzieś tam obok, w sąsiednim pokoju, dorasta mój kilkunastoletni syn, już nie widziałem. W końcu zabawki i sprzęt zawsze miał takie, jak niewiele dzieci znajomych czy sąsiadów…

Mijały lata. Handel państwowy „miał się” coraz gorzej. A ja z nim. Zarabiałem cały czas tyle samo, tylko, że inflacja zjadała moje pobory miesiąc za miesiącem. W domu zaczęły pojawiać się problemy finansowe. Na to też wódka pomagała. Mogłem ich nie widzieć, albo bagatelizować, albo snuć wspaniałe plany odbicia się od dna. Zależnie od dawki alkoholu.

Żeby mieć na picie zacząłem robić najrozmaitsze szwindle, machloje i przekręty. Kiedy pracujesz w handlu, tj. od 10 do 18 (zwykle było potrzebne jeszcze przynajmniej pół godziny przed i po), nie masz zbyt wiele okazji do dorobienia sobie. Ja jednak znalazłem firmę ochroniarską, która mnie przyjęła. Pracowałem w niej po zamknięciu „swojego” sklepu, wieczorami po kilka godzin oraz w niedziele i święta. Jeździłem samochodem z kierowcą, odbierałem pieniądze w różnych punktach miasta (sklepy, urzędy, stacje paliw, itp.), czy województwa, zależnie od trasy, i odwoziłem je do banku. Jeździłem z bronią jako ochroniarz tego konwoju. I często jeździłem pijany.

Raz szef firmy zorientował się, że nie jestem trzeźwy i nie pozwolił jechać. Następnego dnia miałem „mowę do narodu”. Obiecywałem sobie i jemu, że kiedy jadę, nie będę pił. Wytrzymałem w tym postanowieniu może nawet z miesiąc…
Kiedy złapano mnie następnym razem, wyleciałem z firmy na zbitą twarz. A w domu i znajomym mówiłem, że zrezygnowałem z tego zajęcia sam, bo za mało płacili. Chyba nawet i ja uwierzyłem w tą wersję po pewnym czasie…

Niedługo potem miało miejsce dość szczególne wydarzenie. W jakiś wolny dzień wybrałem się odwiedzić znajomych w ich sklepie. Nie zastałem ich, ale okazało się, że pracuje u nich moja dawna sprzedawczyni. Postanowiłem, więc poczekać i pogadać z nią o dawnych czasach. Oczekiwanie na znajomych przedłużało się, żeby się nie nudzić kupiłem sobie ćwiartkę (wypiłem ja w toalecie), potem następną, i jeszcze jedną. Kiedy znajomi wrócili do sklepu zastali mnie, jak kompletnie pijany próbuję pomagać w pracy ich sprzedawczyni. Odwieźli mnie natychmiast do domu.
Następnego dnia dzwoniłem do nich z przeprosinami. Poszło bez kłopotów. Zatelefonowałem też w tym samym celu do sprzedawczyni. Powiedziała mi, że przepraszać nie ma, za co (???) i zaprosiła mnie do siebie. Poszedłem na to spotkanie. Poszedłem, choć wiedziałem, co najprawdopodobniej usłyszę. Sprzedawczyni miała męża alkoholika i kiedy jeszcze pracowaliśmy razem, często opowiadała o swoich perypetiach.

Stało się tak, jak przewidywałem. Powiedziała mi, wprost, że uważa, iż jestem chory na chorobę alkoholową. Pożyczyła książkę Wiktora Osiatyńskiego „Grzech czy choroba” i zaproponowała spotkanie ze znajomym alkoholikiem i terapeutą.
Książkę przeczytałem i nie tylko tą. Z tym jej znajomym spotkałem się w jego gabinecie w poradni odwykowej i przegadaliśmy prawie dwie godziny. Ja oczekiwałem, aż on powie mi, zdecyduje – jestem, czy nie jestem alkoholikiem. On tego zrobić nie chciał i może nie mógł. Proponował zarejestrowanie się w poradni odwykowej, a na to ja nie chciałem się zgodzić bez diagnozy. I tak stanęliśmy w martwym punkcie. Wychodząc od niego, w jakimś przebłysku jasnowidzenia, stwierdziłem, że wydaje mi się, mam nieodparte wrażenie, że jeszcze się spotkamy. Tak się zresztą stało.

Dalej myślałem, że sobie sam jakoś poradzę, i piłem nadal. Coś jednak się zadziało. Od tego momentu nie mogłem już udawać, że wszystko jest OK. Oczywiście nie przyznałbym się głośno (ani nawet cicho, czy w myślach), że jestem alkoholikiem, ale tak naprawdę ja już wiedziałem, że tak jest. Tyle tylko, że jeszcze nie byłem gotowy, czy może dostatecznie zdesperowany, żeby coś z tym zrobić. I tak, w sposób coraz bardziej destrukcyjny piłem jeszcze przez ponad trzy lata.

Styczeń 1998. Kolejny awans. Tym razem już do dyrekcji. I pierwsze próby zrobienia czegoś ze swoim życiem. Bezsensowne, czy wręcz chybione (sanatorium dla nerwicowców, szpital nefrologiczny), ale jednak podejmowane. Po kilku miesiącach od tego awansu dostałem naganę za samowolne oddalenie się z miejsca pracy. W domyśle: pod wpływem alkoholu. Ale tego mi nie udowodniono, właśnie, dlatego, że wyszedłem. Prawdę mówiąc zupełnie nie pamiętam tego incydentu i swojego wyjścia, taki byłem pijany…
Bardzo ostra rozmowa z szefem. Sypią się moje wyobrażenia. Szef od dawna wie, że piję. Ostatni awans nie jest wynikiem uznania, ale...

Ciąg dalszy i dużo więcej w... moich książkach.


(Jesień-zima 2001)

alkoholik




UWAGA! Wszystkie podpisane przeze mnie teksty publikowane w serwisie stanowią moją własność osobistą i majątkową w myśl Ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83). Kopiowane ich i publikowanie w dowolnej formie wymaga każdorazowo mojej jednoznacznie wyrażonej zgody. All right reserved.